“Komu się dobrze żyje, temu ubywa lat”
06.09.2010Czas biegnie jak szalony. Ale ostatnio jakoś tak nadzwyczaj miło. Przeglądam Wasze blogi, czytam z ciekawością, ale nie miałam siły ostatnio na pisanie na fiorello. Nawet dostałam pytania, dlaczego u mnie tak cicho… No cicho. Wrześniowo. Lubię ten czas, cieszę się, że nie ma już upałów, których nie jestem fanką. Kiedy na blacie w kuchni pojawia się miód, filiżanka z herbatą paruje, pierwsza, druga, … piąta. Lubię pytania i dziwne poruszenie, w sklepie, w domu, u znajomych – czy są już grzyby??? Jedziemy??? Pierwsze wrzosy przy drodze w lesie, piknik na ławce. Tak właśnie mija mi czas. Każdą chwilę wolną od pracy staram się wykorzystać na 100%. I tak ostatnio jest zwyczajnie – idealnie.
Ale od początku… Zaczęło się od… księgarni. Przechodzę między regałami i czuję, że mam ochotę zerknąć na półkę z książkami o Włoszech. Karcę się i idę dalej. Myślę sobie, że nie mogę znów przeczytać książki o szukaniu domu w innym kraju, o kontemplowaniu jedzenia i życia. Znam to na pamięć. Robię obiad…znowu te myśli. Wirują wokół Włoch. Już wiem, że będzie ciężko. Ale nie zrażam się. Sobotni spacer, księgarnia po drodze. No dobrze, skoro w przyszłym roku zwiedzamy siostrę Toskanii – Umbrię, to może ta książka Marleny de Blasi wprawi mnie w fajny nastrój. Kupuję. Wychodzę przyciskając do siebie torebkę. Wiem, że te chwile będą tylko moje. Może już wieczorem przeczytam kilka stron. I czytam.
“Miranda dobiega siedemdziesiątki, a mężczyzna, z którym się przekomarza, ma ponad osiemdziesiąt lat, oboje zgodnie jednak przytakną, że im bardziej się starzeją, tym są młodsi, bo komu się dobrze żyje, temu ubywa lat. To umbryjska prawda, podobnie jak ta, że polentę miesza się tylko w jedną stronę. Prawda numer dwa.” Marlena de Blasi, Tysiąc dni w Orvieto.
I tak mijają chwile. Czytelniczo-kuchenne popołudnia i wieczory. Kurki jednak nie są moją zasługą. Przyjechały prosto z Mazur i szybko trafiły na patelnię. Pierwszy grzybiarski dzień w lesie w moim przypadku był długim spacerem i piknikiem z herbatą z termosu i bułkami – ulubiony zestaw na świeże powietrze:-)
A żeby było jeszcze milej… na osłodę paczuszki z jabłkiem. Jeszcze nie tym, które poniżej jest na jabłonce, ale i tak paczuszki po prostu natychmiast zniknęły.
To tyle. Czas odejść od komputera i nacieszyć się szumem wiatru w ogródku. Bo komu się dobrze, żyje… zresztą końcówkę już znacie:-)





06.09.2010, 21:56
te jabłkowe paczuszki.. ach, cudne.
06.09.2010, 23:31
…ubywa…poszlam posluchac wiatru-dziekuje
07.09.2010, 21:22
Piękny tekst i mądre zdania
ja Marlene De Blasi znam ale z Tysiąca dni w Toskani, uwielbiam ten klimat…